top of page
Szukaj

Marokański Sen - Uwięziony w ciszy - Rozdział 4

Po chwili mężczyźni opuścili pomieszczenie, zostawiając mnie samego. Nie zamknęli drzwi na klucz, nie zostawili strażnika – jakby byli pewni, że nigdzie się stąd nie ruszę. Może mieli rację.

Leżałem na twardej ziemi, okryty szorstkim kocem, wpatrując się w ciemny sufit. Płomienie dogasającego ogniska drżały na glinianych ścianach, rzucając rozmazane cienie, które zdawały się poruszać jak zjawy. Zmęczenie przygniatało moje ciało, ale sen nie nadchodził.

Zapach kurzu i starego drewna mieszał się z aromatem mięty. W powietrzu wciąż unosiła się woń dymu, przypominając o ogniu, który niedawno dogasał. Gdzie właściwie jestem?

Zamknąłem oczy, ale to nic nie dało. Myśli nie dawały mi spokoju, jedna goniła drugą. Kim oni są? Czy faktycznie chcą mi pomóc? Jeśli tak – dlaczego? Jaki mają w tym cel? Nie ma nic za darmo.

Przewróciłem się na bok. Koc był szorstki i lekko wilgotny, jakby wchłonął chłód nocy. Zacisnąłem powieki. I wtedy zobaczyłem ją. Stała w swojej przykrótkiej piżamce, ściskając pluszaka – lamę, którego dostała podczas naszego ostatniego wyjazdu w góry. Włosy w nieładzie, bose stopy na drewnianej podłodze. W jej oczach było coś, co zawsze łamało mi serce. Od ponad ośmiu lat nasz czas razem był wyznaczany i liczony niczym wykradane godziny jej dzieciństwa. Te krótkie wspólne chwile były wszystkim, co miałem. Nigdy nie było ich dość, dlatego starałem się celebrować każdą sekundę jej obecności przy mnie – mieszanina ciekawości i niepokoju, jakby bała się, że zaraz zniknę.

— Tato, a co jeśli się zgubisz tam, z tymi swoimi gośćmi, klientami... czy jak ich tam nazywasz?

Zaśmiałem się wtedy, chcąc ją uspokoić.

— Nie martw się. Zawsze znajdę drogę do was.

— Nawet jeśli będzie ciemno?

— Nawet wtedy.

Patrzyła na mnie przez chwilę, a potem powoli skinęła głową, jakby chciała mi uwierzyć, ale nie była pewna, czy powinna.

Teraz, leżąc w tej zimnej, obcej norze, zastanawiałem się, czy to była prawda. Czy rzeczywiście zawsze można znaleźć drogę powrotną?

Dwa dni wcześniej.

Odwiozłem swoją grupę klientów na lotnisko w Marrakeszu. Dziesięć dni w Maroku – pustynie, góry Atlas, wąwozy Todra i Dades, noc pod gwiazdami w Merzoudze, zapach przypraw na targach Fezu, powiew oceanu w Essaouirze, monumentalne minarety Casablanki i labirynt medyny w Rabacie – to wszystko i wiele więcej mieli już za sobą. Ich bagaże piętrzyły się na wózkach, a twarze, choć zmęczone, wciąż promieniały emocjami.

— To był naprawdę super wyjazd! Jeszcze raz dziękujemy i do zobaczenia niebawem na Islandii!

— To ja wam dziękuję. Do zobaczenia.

Przez chwilę patrzyłem, jak znikają w gmachu lotniska, zapalając papierosa. Powietrze było gorące i suche, a zapach spalin unosił się w dusznym powietrzu, mieszając z aromatem grillowanych mięs dochodzącym z ulicznych stoisk. Zaciągnąłem się dymem i spojrzałem na parking. Nie spieszyło mi się. Samolot, którym mógłbym wrócić do Polski, odlatywał dopiero za kilka dni. Wiedziałem, że prędzej czy później wrócę do domu, ale coś mnie tu zatrzymywało. Może zwykła intuicja. Może przeczucie, że powinienem zostać trochę dłużej. Odruchowo sprawdziłem telefon. Kilka nieodebranych wiadomości, jedna od niej: „Tato, kupiłeś mi ten notes, co obiecałeś?” Uśmiechnąłem się lekko. „Jeszcze nie znalazłem fajnego. Jak tylko znajdę to kupię. Do zobaczenia niebawem ❤️” Schowałem telefon do kieszeni i ruszyłem w stronę postoju taksówek. Jedna wiadomość, na którą czekałem najbardziej, wciąż nie przyszła.

— Do centrum.

Kierowca kiwnął głową, a ja opadłem na tylne siedzenie, zamykając za sobą drzwi. Silnik mruknął cicho, a miasto przesunęło się za szybą. Ulice Marrakeszu tętniły życiem – tłumy ludzi, skutery lawirujące między samochodami, handlarze nawołujący turystów. Z oddali rozległ się adhan – wezwanie do modlitwy płynące z minaretu, unoszące się nad dachami medyny. Dźwięk był potężny, rozbrzmiewał nad miastem jak echo przeszłości, mieszając się z codziennym zgiełkiem. Przez chwilę wszystko wydawało się zwalniać, jakby miasto na moment wstrzymało oddech. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za dwa dni będę leżał w zimnym, obcym miejscu, czekając na coś, czego jeszcze nie rozumiem, pewnie bym się zaśmiał. Ale przeczucie mnie nie zawiodło. Otworzyłem oczy. Za drzwiami coś zaszeleściło. Zamarłem, wsłuchując się w dźwięk kroków. Powolnych, niemal leniwych, ale wyraźnie skierowanych w moją stronę. Wiatr smagał ściany budynku, a w oddali odezwało się jakieś zwierzę – osioł albo wielbłąd, jego przeciągłe zawodzenie brzmiało niemal jak jęk. Dalej zaszczekał pies.Drzwi skrzypnęły. Nie otworzyły się szeroko – tylko na tyle, by przez szparę mógł ktoś zajrzeć. Serce przyspieszyło. Znieruchomiałem. Oddychałem płytko, próbując wyglądać na śpiącego. Płomienie ogniska rzucały nieregularny blask, który na moment rozświetlił fragment twarzy intruza – ciemne, czujne oczy. Obserwował mnie w milczeniu. Za drzwiami wciąż słychać było rozmowę, choć głosy stały się bardziej przytłumione. Jakby ich właściciele nie chcieli, żebym słyszał za dużo. Ktoś coś powiedział ostrym tonem, po czym zapadła cisza. Postać zniknęła. Drzwi zamknęły się niemal bezgłośnie. Kroki oddaliły się na dziedziniec, zlewając się z nocnym szumem wiatru. Nie byłem tu więźniem. Ale też nie byłem gościem. Byłem obserwowany. Leżałem nieruchomo, wpatrując się w sufit. Cokolwiek miało wydarzyć się rano, wiedziałem już jedno – nikt tutaj nie chciał, żebym spał spokojnie.



 
 
 

Comments


  • alt.text.label.Facebook
  • alt.text.label.Facebook
  • alt.text.label.Facebook

©2025  4x4ADVENTUREEXPEDITIONS

Dziękujemy że nas odwiedziłeś   

bottom of page