Marokański Sen - Pomiędzy światami - Rozdział 5
- Tomasz Piech
- 23 mar
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 23 mar
Nie pamiętam, czy naprawdę zasnąłem, czy tylko leżałem z zamkniętymi oczami. Czas rozciągał się bez końca, a noc zdawała się nie mieć kresu. W oddali rozbrzmiało przeciągłe wycie psa. Ogień trzaskał cicho, rzucając na ściany ciepłe światło.
– Spakowałeś wszystko?
– Tak – odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od płomieni.
– Zrobiłam ci kanapki, nie zapomnij o nich.
– Dobrze – uśmiechnąłem się. – Dziękuję.
Lu podeszła do kominka, dorzuciła dwa kawałki drewna, które momentalnie zaczęły syczeć, następnie położyła się obok mnie.
– O której przyjadą?
– Umówiliśmy się na pierwszą.
– Schowałeś paszport?
– Tak.
Lotar poruszył się nagle, jakby coś na zewnątrz go zaniepokoiło, szczekną, po czym znów położył głowę na moich nogach. Zasnąłem.
Gdy ponownie otworzyłem oczy, otoczenie zdawało się nie mieć sensu. Mój mózg działał z opóźnieniem – jakby usiłował złożyć w całość rozsypane fragmenty rzeczywistości. W ustach czułem dziwny posmak. Gorzki. Nieprzyjemny. Spróbowałem się podnieść, ale moje ciało było ciężkie, jakby przestało być moje. Bezsilnie opadłem z powrotem na posłanie. Przeszył mnie chłód. Zamknąłem oczy.
Dwa dni wcześniej. Marrakesz.
Taksówka zatrzymała się przy placu Jemaa el-Fna. Uderzyło mnie gęste, parne powietrze. Plac pulsował życiem – ludzie przewijali się między stoiskami, zaklinacze węży grali na fletach, a nad całością unosił się aromat przypraw, dymu i grillowanego mięsa.
Wszedłem do jednej z restauracji nieopodal. Usiadłem przy niewielkim metalowym stoliku z widokiem na ulicę. Zamówiłem tajine z jagnięciną i miętową herbatę. Przez chwilę po prostu obserwowałem. Wokół siedzieli zarówno miejscowi, jak i turyści. Kilku mężczyzn w dżelabach pochylało się nad wspólną misą kuskusu. W kącie lokalu dwóch Europejczyków – pewnie Włosi – ożywionym tonem rozmawiało przy winie. Sprzedawcy nawoływali do straganów. W tle zabrzmiał bęben, zapowiadając wieczorne pokazy tancerzy i akrobatów. Sięgnąłem po telefon. Żadnych nowych wiadomości. Przesunąłem palcem po ekranie, otwierając ostatnią rozmowę. Przez chwilę wpatrywałem się w nią bez celu, jakby próbując przypomnieć sobie, po co właściwie tu jestem.
– Bon appétit – kelner postawił przede mną talerz z posiłkiem, po czym bez słowa się oddalił.
Sięgnąłem po widelec i powoli zacząłem jeść. Mięso, jak zawsze, rozpływało się w ustach, nasiąknięte przyprawami i słodyczą długo duszonej cebuli. Zastanawiałem się, co dalej. Co zrobię, jeśli dziś też nie dostanę od niego wiadomości? Czas nie był moim sprzymierzeńcem.
A bez odpowiedzi – siedzenie w Marrakeszu traciło sens.
Noc postanowiłem spędzić u mojego starego przyjaciela Mohameda. Poznałem go piętnaście lat temu, kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Maroka. Miałem wtedy sfotografować manifestację – jeden z odłamów Wiosny Ludów, zapoczątkowanej w Tunezji. Do jego riadu trafiłem przypadkiem. Ujął mnie od razu – spokojem, uważnością i tym, jak naturalnie i z godnością przyjmował każdego, kto przekraczał próg jego domu. Drzwi riadu jak zwykle były otwarte na oścież.
– Salam alejkum, przyjacielu – usłyszałem znajomy głos, zanim jeszcze zdążyłem zapukać. – Jak się cieszę, że znowu cię widzę.
– Alejkum salam, Mohamed – odpowiedziałem i objąłem go ramieniem. Uśmiechnął się szeroko i poklepał mnie po plecach.
– Zaraz przygotuję ci twój pokój. Mam nadzieję, że nie jesteś bardzo zmęczony.
Ten riad to było moje miejsce w tym mieście. Raczej nie odpowiadałby moim gościom – był skromny, prosty, z obdrapanymi ścianami i niewielkim dziedzińcem, ale wypełniała go serdeczność i dobroć gospodarza. W ciszy, jaka tam panowała, można było na chwilę zapomnieć o świecie za murami. A może właśnie po to tu wracałem – żeby o nim zapomnieć.
Usiadłem na łóżku, plecak położyłem na krześle obok. Przez moment siedziałem bez ruchu, słuchając odgłosów domu i dalekiego szumu miasta. Rozejrzałem się. Wszystko było dokładnie tak, jak zapamiętałem. Te same ściany, te same meble, ten sam zapach – kurz, mięta, stare drewno. Jakbym wrócił nie po latach, a po chwili. Położyłem się i zamknąłem oczy. Chciałem odpocząć, ale wiedziałem, że sen tak łatwo nie przyjdzie.
– Zasnął?
– Chyba tak. Tak przynajmniej wygląda.
Drugi mężczyzna podłożył kilka polan do dogasającego ognia. Płomienie znów ożyły. Jeszcze raz spojrzał w moją stronę, po czym skinął głową swojemu towarzyszowi. Obaj bez słowa opuścili izbę. Znowu zostałem sam, a ogień na nowo rozpoczął swój taniec. Leżałem nieruchomo, z zamkniętymi oczami, ale nie spałem. Nie mogłem. W uszach dudnił mi własny puls, a każda nowa myśl zdawała się ważyć więcej niż poprzednia. Kim oni byli? I dlaczego mnie pilnowali? To nie była gościnność. To była pewność. Pewność, że nie ucieknę. Albo że nie mam gdzie uciec.
W powietrzu wciąż unosił się zapach mięty i dymu. Czułem go na języku, w nozdrzach, jakby powoli osiadał we mnie na dobre. Z każdą minutą moje ciało robiło się cięższe. Ogień trzaskał obok, ale nie przynosił ulgi – jakby ciepło nie potrafiło przebić się przez to, co działo się we mnie.
Byłem między światami. Między snem a jawą, między zaufaniem a lękiem, między nadzieją a świadomością, że coś poszło nie tak. Coś zaskrzypiało. Otworzyłem oczy. Cień przemknął za oknem — zbyt szybko, bym mógł dostrzec twarz, zbyt wolno, by to zignorować. Zacząłem nasłuchiwać dalej. Nic. Zamknąłem oczy znowu, tym razem na siłę. Wiedziałem, że sen już nie nadejdzie. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko czekać do rana. Na rozmowę, na odpowiedzi. A może na coś zupełnie innego, coś czego nie byłem w stanie przewidzieć.









Comments